Jadę sobie późnym popołudniem do domu. Jadę przez fantastyczny, nowy tunel pod Martwa Wisłą. Z tyłu jedno dziecko jęczy, z przodu drugie zasypia. Wyjeżdżam z tunelu i czuję smród. FAK. Po paruset metrach smród i dym, jest coraz gorzej... Hamulce stwierdziły, że się zacisną i nie odpuszczą. Ale stres. Powoli przeraża mnie już nasze stare auto i ciągle pojawiające się awarie mimo dbania o nie i ładowania niezliczonej ilości kasy. Przecież dopiero co cały układ hamulcowy wymieniałam!
Polazłam dziś szukać mechanika w pobliżu. Poprzedni, jeden lepszy od drugiego, każdy na coś mnie narżnął. "A to psze pani będzie 200 złotych więcej, bo jeszcze to i tamto". Znalazłam warsztat, siedzi dwóch cwaniaków, jeden z zepsutymi zębami, drugi wydziarany jak kryminalista. Żrą kanapki i pomidory. Warsztat pełen aut (z 7 stało w środku). "To do szefa". Szef jako jedyny pracował, grzebał coś pod maską (chyba rozrząd robił). Jutro ma znaleźć chwilkę, żeby rzucić okiem. Patrząc na ilość samochodów jakie tam stały to nie ma bata, że jutro do mojego zajrzą. A jeszcze drzwi się nie otwierają (rok temu koleś wymieniał cały mechanizm i zgarnął za to 450 zeta). K.... Z przodu tez coś mi stuka. A teraz jak chciałam te hamulce nieszczęsne sprawdzić to odpalić nie chciał.
Przerzucam się na ZKM. Szkoda tylko, że dystanse takie duże mamy do pokonania.
Jutro Dzień Dziecka. Występy w żłobie. Mamy dla maluchów parę niespodzianek, czekają na tą środę już od miesiąca codziennie dopytując się ile jeszcze dni zostało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz